Siema wszystkim. Ostatnio trochę więcej siedzę w tokenach i przeglądam różne markety jak OpenSea czy Blur, no i ciągle obija mi się o uszy jeden termin. Pomyślałem, że założę osobny wątek, bo niby każdy o tym gada, ale jak przychodzi co do czego, to nowicjusze nie bardzo wiedzą ocb. Zastanówmy się więc: co to jest floor price w kolekcjach NFT? Niby prosta sprawa, ale czy na pewno?
Z tego co sam ogarnąłem, to najprościej rzecz ujmując, floor price w kolekcjach NFT to po prostu najniższa cena, za jaką w danym momencie możecie kupić pojedynczy token z konkretnego projektu. Czyli jak mamy jakieś małpy, koty czy inne pingwiny, to ten cały "podłogowy" próg wejścia pokazuje nam, ile krypto musimy wydać, żeby w ogóle stać się posiadaczem najtańszego obrazka. Ale no właśnie, to chyba nie jest jedyny wyznacznik tego, czy dany projekt ma sens, prawda?
Zauważyłem, że masa ludzi ocenia całe kolekcje NFT tylko przez pryzmat tego jednego wskaźnika. Rośnie floor price – jest hype, ludzie kupują, wjeżdża potężne FOMO. Spada cena minimalna – od razu panika i masowa wyprzedaż na marketach. Ale przecież cena najtańszego tokena nie mowi nic o rzadszych sztukach w kolekcji, tych z jakimiś ultra unikalnymi cechami. Jak chcecie ustrzelić jakiegoś rare'a, to patrzycie na podłogę, czy raczej na historię sprzedaży konkretnych traitów?
Przecież czasami grube ryby robią chamskie i sztuczne ruchy żeby tylko podbić ten wskaźnik i zrzucić bagi na drobnicy. Często słyszy się w krypto o akcjach typu "sweep the floor", gdzie ktoś z grubszym portfelem celowo wykupuje z podłogi kilkanaście najtańszych sztuk cyfrowej sztuki, żeby nagle wywindować statystyki.
Dlatego zastanawiam się, jak wy do tego podchodzicie, gdy robicie własny research. Czy dla was definicja tego, co to jest floor price w kolekcjach NFT sprowadza się czysto do najtańszego biletu wstępu do społeczności (wiecie, jakieś zamknięte discordy i inne bajery z utility), czy traktujecie to jako twardy, matematyczny wskaźnik płynności projektu? No bo w sumie co z tego, że jakaś kolekcja ma absurdalnie wysoką cenę minimalną, jak wolumen obrotu leży i kwiczy, a nikt od tygodnia nic z niej nie kupił?
Dajcie znać jak to widzicie. Na co zwracacie największą uwagę przy analizie rynku i czy opieranie decyzji zakupowych tylko na tym jednym, nieszczęsnym parametrze to według was proszenie się o rekt. Chętnie posłucham starych wyjadaczy, bo im głębiej wchodzę w te cyfrowe aktywa, tym więcej widzę ukrytych pułapek. Z góry dzięki za dyskusję!
Siema! Super, że zakładasz taki wątek, bo naprawdę dobrze kombinujesz. Rzadko się zdarza, żeby ktoś nowy w krypto od razu łapał, że ta cała magiczna cena minimalna to nie jest jakiś absolutny święty Graal, któremu trzeba ślepo ufać.
Gdy jacyś znajomi z normictwa, którzy dopiero zakładają portfele, pytają mnie co to jest floor price w kolekcjach NFT, to często odpowiadam brutalnie: w 90% przypadków to jest po prostu lep na leszczy. Wiadomo, książkowa i definicyjna odpowiedź brzmi, że to najniższa kwota, jaką musisz wypluć na marketach typu Blur czy OpenSea, żeby zgarnąć najzwyklejszego, najbiedniejszego piksla z danej paki. Taki twój najtańszy bilet wstępu do kasyna. Ale jak słusznie zauważyłeś, traktowanie tego jako jedynego wyznacznika zdrowia projektu to proszenie się o epickiego rekta.
Wjechałeś na temat rare'ów i traitów. Wykorzystywanie podłogi do wyceny unikalnych sztuk mija się z celem. Floor ma się do unikalnych traitów jak sprawdzanie ceny zardzewiałego Golfa, kiedy ty chcesz kupić rzadkie, limitowane Porsche. Przecież to i to samochód, nie? Jak celujesz w rzadkie sztuki, to odpalasz historię sprzedaży dla konkretnych, rzadkich atrybutów. Często jest tak na bear markecie, że cena minimalna NFT leci na pysk, bo ulica (tzw. paper hands) sra po gaciach i zrzuca najtańsze tokeny po byle jakich cenach, a grube, legendarne graale i tak twardo trzymają swoją wartość w portfelach wielorybów (diamond hands).
Poruszyłeś zajebiście ważny temat manipulacji. Akcje typu sweep the floor to chleb powszedni lokalnych degenów. Wbija wieloryb albo zgraja z jakiejś zamkniętej grupy alfa, zgarniają z marketu 30 najtańszych obrazków i nagle nasz słynny próg wejścia leci w kosmos. Dlaczego to robią? Bo wiedzą, że nowi gracze w NFT analizują rynek najgorzej jak się da – patrząc tylko na rosnącą cyferkę przy FP. Tworzy się iluzja potężnego popytu. Ulica ładuje się na dzikim FOMO, a w międzyczasie nasz grubszy gracz po cichutku ustawia swoje wyczyszczone przed chwilą bagi o kilka setnych ETH poniżej nowej, wywindowanej podłogi i ewakuuje się z profitem. Klasyczne ubieranie drobnicy na górce.
Zapytałeś, czy traktuję ten wskaźnik jako twardy dowód płynności projektu. Stary, to jest chyba największa pułapka w cyfrowych aktywach. Płynność (liquidity) i dzienny wolumen obrotu to absolutni królowie, a najtańszy token w kolekcji bez poparcia w wolumenie to tylko pusty numer na ekranie. Kogo obchodzi, że jakaś rzekomo elitarna kolekcja ma floor na poziomie 10 ETH, skoro nikt nie kliknął "kup" od dwóch tygodni? To tak zwane martwe projekty. Masz drogi obrazek, którego nie jestes w stanie upłynnić. Zostajesz z nim w portfelu jak himalaista na K2 – fajnie, że wysoko, ale cholernie zimno, brakuje tlenu i nie ma jak zejść na dół.
Robiąc DYOR (własny research), powinieneś przestać gapić się tylko na to, za ile ludzie chcą coś sprzedać (listingi), a zacząć patrzeć na to, za ile rynek realnie chce to kupić. Zwracaj gigantyczną uwagę na oferty zakupu, czyli tzw. bids. Blur świetnie to pokazuje. Jeśli najtańsza sztuka wisi na podłodze za 1 ETH, ale najwyższy bid (oferta kupna zdeponowana w puli) to marne 0.2 ETH, to ten gigantyczny spread mówi ci całą prawdę o tym, jak rynek ceni ten projekt. Zwracaj też uwagę na to, czy podłoga nie jest "cienka" (thin floor). Wystarczy, że trzy osoby cofną swoje oferty z dołu, a cena minimalna sztucznie skacze o 50% bez ani jednej rzeczywistej transakcji. Plus oczywiście klasyczny wash trading – devowie często sami przerzucają JPEG-i między własnymi portfelami, żeby generować fejkowe statystyki obrotu.
Dlatego dla mnie, jako starego wyjadacza, definicja tego co to jest floor price w kolekcjach NFT sprowadza się obecnie do jednej rzeczy: ile kosztuje mnie fizyczny dostęp do konkretnego community albo narzędzia. Jeśli kupuję jakiegoś kota czy inną małpę tylko po to, żeby wbić na zastrzeżony serwer Discord, dorwać się do sygnałów handlowych, zgarnąć allowlisty do innych mintów (utility) – wtedy celuję w samą podłogę. Interesuje mnie po prostu sam dostęp, token jest tylko przepustką.
Opieranie swoich inwestycji tylko na zielonej strzałce przy floor price to gwarantowany rekt. Trzeba badać dystrybucję holderów, śledzić bidy i patrzeć na wolumen, bo inaczej bardzo szybko zostaniesz z bezwartościową kolekcją JPEG-ów. Dobrze, że kwestionujesz ten cały hype. W tym kasynie przetrwają tylko ci, którzy zawsze zaglądają pod maskę. Trzymaj się stary i samych zyskownych flipów życzę! WAGMI!
Siema, fajnie że temat się tak ładnie rozwija, bo to rzadkość na forach, gdzie zazwyczaj każdy tylko shilluje swoje bagi. Poprzednik w sumie rozwalił system i wyjaśnił większość mechanik, ale dorzucę wam jeszcze jedną perspektywę, o której mało kto myśli, dopóki nie dostanie mocno po tyłku.
Większość ludzi zapomina, że jak próbujemy rozkminić co to jest floor price w kolekcjach NFT, musimy spojrzeć na to przez pryzmat całego DeFi, a dokładniej pożyczek krypto. Kojarzycie platformy typu Blend na Blurze czy jakieś BendDAO? No właśnie, to jest totalny gamechanger.
Grube ryby z topowych projektów rzadko trzymają te swoje drogie jpegi na zimnych portfelach, żeby po prostu na nie patrzeć. Oni pod te rzadkie i te najtańsze obrazki biorą potężne pożyczki w ETH. I tu wjeżdża prawdziwe, mroczne znaczenie ceny minimalnej. W świecie pożyczek pod zastaw cyfrowej sztuki, ten najniższy próg to dosłownie granica życia i śmierci, czyli próg likwidacji. Systemy i smart kontrakty wyliczają wartość pożyczki (i to czy twój portfel jest bezpieczny) właśnie na podstawie podłogi.
Jak próg wejścia w dany projekt zaczyna drastycznie spadać, bo kilku detalistów spanikowało i zrzuciło swoje tokeny na market, to nagle odpalają się protokoły bezpieczeństwa. Te zablokowane na platformach pożyczkowych NFTki są automatycznie wyprzedawane, żeby spłacić długi. To wywołuje masakryczną reakcję łańcuchową. Spada wartość podłogowa -> następuje likwidacja wieloryba -> algorytm zrzuca kolejne małpy na rynek w formie ofert dump -> cena minimalna leci jeszcze mocniej na pysk -> likwidują kolejnych kolesi z dźwignią.
Więc z mojego doświadczenia, definicja najtańszego tokena to nie jest już tylko bilet do zamkniętego discorda. To brutalny wskaźnik ryzyka systemowego całej kolekcji. Jak widze, że jakiś projekt ma mocno napompowany wskaźnik FP, a połowa sztuk siedzi poblokowana w protokołach pożyczkowych, to omijam to szerokim łukiem, bo tam tyka bomba z opóźnionym zapłonem.
Z innej beczki, trzeba też koniecznie patrzeć na grubość ściany na podłodze, czyli tak zwany sell wall. Czasem patrzysz na markety i wydaje się, że trend jest mega wzrostowy. Podłoga to załóżmy te 2 ETH. Ale jak zjedziesz niżej w statystyki listowań całego projektu, to obczajasz, że od 2.0 do 2.1 ETH wisi dosłownie 600 sztuk od gości, którzy tylko czekają na exit liquidity. Co z tego, że jakaś ekipa zrobi pokazowe czyszczenie podłogi, skoro za rogiem czai się armia papierowych rąk, która zaleje rynek swoimi sztukami przy najmniejszym podbiciu?
Dla mnie odpowiedź na to wasze główne pytanie jest jedna. Traktujcie cenę najtańszego NFT jako punkt odniesienia do sprawdzania zdrowia całego ekosystemu wokół kolekcji, a nie jako sztywną wycenę waszych inwestycji. Sprawdzajcie pożyczki, analizujcie grubość ściany sprzedaży i nie grajcie tylko pod samą cyferkę. Farcie dla was na tym dzikim zachodzie!