Czy warto uśredniać...
 
Powiadomienia
Wyczyść wszystko

Czy warto uśredniać koszty (DCA) podczas hossy?

2 Wpisy
3 Użytkownicy
0 Reactions
14 Widoki
(@jastrzab104szalony)
New Member
Połączone: 1 tydzień temu
Wpisy: 0
Rozpoczynający temat  

Cześć wszystkim. Słuchajcie, mam taką rozkminę od paru dni i muszę to z kimś na luzie przegadać, bo im dłużej patrzę na te zielone świece, tym głupszy jestem. Wiadomo jak jest, rynek byka w pełni, wszystko rośnie jak porąbane, krypto, giełda i tradycyjne indeksy wybijają kolejne ATH. No i w mojej głowie rodzi się to główne pytanie: czy warto uśredniać koszty (DCA) podczas hossy?

Kiedy na wykresach leje się krew, mamy bessę i wszystko szoruje po dnie, sprawa wydaje się banalnie prosta. Regularne inwestowanie i uśrednianie ceny w dół to chyba najlepsza możliwa taktyka. Ładujesz kapitał co miesiąc, ulica panikuje, a ty śpisz spokojnie zbierając tanie aktywa. Ale co robić teraz? Przecież ciągłe uśrednianie kosztów zakupu, gdy rynek idzie dosłownie pionowo do góry, to de facto zmuszanie się do kupowania coraz drożej. Każda kolejna wrzutka w ramach tej całej strategii dollar cost averaging wchodzi po gorszej cenie. Szczerze? Czasem mam wrażenie, że to trochę bez sensu.

Z jednej strony strasznie boję się FOMO, że jak nie wbiję teraz z grubszą gotówką, to ten pociąg całkiem mi odjedzie i zostanę na peronie. Napewno znacie to dziwne uczucie, jak gapicie się na rosnące portfolio i myślicie, że zaraz będzie za późno na jakiekolwiek ruchy. Z drugiej strony, wjazd all-in na samej górce to wręcz proszenie się o kłopoty i ciężkie straty. Ktoś z was stosuje to klasyczne uśrednianie ceny na tak silnie byczym rynku? Jak to u was wygląda od strony psychologicznej? Wiadomo, statystyki i mądre książki mówią swoje, ale mechaniczne wrzucanie stałej kwoty w spółki czy tokeny, które urosły o kilkadziesiąt procent w miesiąc, jest jakos nienaturalne. Boli mnie w oczy jak patrzę na moją średnią cenę zakupu, która z każdym rzutem kasy na giełdę drastycznie rośnie.

Zastanawiam się, czy w okresie takich mocnych wzrostów nie lepiej byłoby lekko zmodyfikować to sztampowe podejście. Może dynamiczne DCA w czasie trwania hossy to mądrzejszy ruch? Czyli na przykład kupujemy o połowę mniej, gdy rynek jest totalnie przegrzany i codziennie bije rekordy, a chomikujemy gotówkę na te mniejsze, 10-20% korekty. Przecież one i tak w trakcie każdego byczego trendu się w końcu zdarzają. Takie klasyczne, ślepe trzymanie się planu i dokupywanie idealnie pierwszego dnia miesiąca, niezależnie czy mamy akurat lokalną górkę czy nie, po prostu zaczyna mnie mocno irytować.

Dużo czytałem opinii na zagranicznych forach, że time in the market zawsze pokonuje timing the market, więc teoretycznie inwestowanie systematyczne powinno wygrywać na długim dystansie w każdych warunkach. Tylko czy ta złota reguła działa tak samo dobrze przy tak ostrym pompowaniu balona? Jeśli jakiś początkujący znajomy pyta mnie, czy opłaca się stosować strategię DCA na absolutnym dnie, od razu krzyczę że tak. Ale regularne uśrednianie kosztów inwestycji w szczycie byczego rynku to dla mnie wciąż cholernie twardy orzech do zgryzienia. Wiem, że ciężko wyczuć górkę, nikt z nas nie ma szklanej kuli, ale powtarzanie tych samych schematów w skrajnie różnych warunkach rynkowych budzi moje szczere wątpliwości.

Jak wy to w ogóle rozgrywacie u siebie na kontach maklerskich albo giełdach krypto? Trzymacie się twardo swojej rozpiski i lecicie równymi ratami mimo że wykresy aż rażą na zielono, czy próbujecie jednak chociaż trochę łapać dołki w tych szalonych trendach wzrostowych? Dajcie znać, czekam na wasze opinie i patenty. Mam na boku odłożoną trochę świeżej gotówki i straszny dylemat, czy wchodzić z nią ostrożnie na raty uśredniając cenę w górę, czy po prostu zaryzykować i pchać od razu całość, póki byki nadal niepodzielnie rządzą rynkiem.



   
Cytat
Udostępnij: