Budzę się rano. Odpalam CoinMarketCap do podwójnego espresso. Kolejne dwieście dziwnych tokenów z psami, żabami i kosmitami w logo bezczelnie świeci na zielono. Istne szaleństwo.
Zastanawiam się od dłuższego czasu, skąd biorą się nowe kryptowaluty tak naprawdę na poziomie czysto technicznym i operacyjnym. Przecież za samym początkiem tej branży stała potężna kryptografia, koparki grzejące się do czerwoności w piwnicach i grube miesiące dłubania w kodzie, zgadza się? A teraz? Pewien chłopak z polskiej grupy dyskusyjnej na Telegramie — nazwijmy go roboczo Dawid — chwalił się w zeszły wtorek, że między zamówieniem pad thaia a odpaleniem konsoli po prostu "wypuścił własnego memecoina". Twierdzi, że użył gotowego generatora na Solanie. Całkowitą podaż tokenów ustawił na sztywny miliard, podpisał transakcję portfelem Phantom i gotowe. Poszło w świat.
Brzmi absolutnie absurdalnie.
Czy to faktycznie jest tak trywialne? Jasne, potrafię odróżnić poważne projekty budujące własne fundamenty (cała kategoria Layer 1) od reszty peletonu. Zbierają kapitał od grubych ryb, zatrudniają rzesze audytorów, rzeźbią architekturę sieci. Ale ten cały rynsztok świeżych coinów zalewający zdecentralizowane giełdy każdego popołudnia? To musi opierać się na masowo powielanych szablonach.
Przekopałem trochę forów zza oceanu. Trafiłem na dokumentację popularnego standardu ERC-20. Sporo tam gadania o smart kontraktach, ale dla człowieka, którego szczytem programowania jest sklecenie prostej pętli w Pythonie dawno temu na studiach, to wciąż czarna magia. Zanim spróbuję wyrzucić w błoto sto dolarów na opłaty transakcyjne z czystej chęci testowania, potrzebuję waszego spojrzenia z okopów.
Zżera mnie czysta ciekawość. Ktoś z was przerabiał samodzielne tworzenie i wdrażanie własnego tokena od kuchni? Chętnie przygarnę jakiś łopatologiczny, wręcz brutalnie szczery framework krok po kroku. Bo patrząc na ten rynek, mam nieodparte wrażenie, że bariera technologiczna wejścia spadła niemal do absolutnego zera, prawda?
Wyobraź sobie kopalnię złota, w której ciężkie, żeliwne kilofy zastąpiono banalnym skryptem napisanym przez skacowanego dwudziestolatka. Kiedyś tłukłem ten temat do głowy pewnemu prężnemu przedsiębiorcy z branży logistycznej przy podwójnym espresso na poznańskich Jeżycach. Uparł się, potwornie wręcz zafiksował na myśli, że za każdym nowym wirtualnym pieniądzem stoi jakiś mityczny sztab inżynierów w Szwajcarii, drukujący cyfrowe certyfikaty z błyszczącą pieczątką. Kompletna bzdura.
Prawda jest drastycznie bardziej prozaiczna. I znacznie brutalniejsza dla kogoś, kto podświadomie szuka w tej branży romantyzmu.
Nowe kryptowaluty nie spadają z nieba po udanej modlitwie do satelity Elona Muska. Zasadniczo rodzą się na trzy skrajnie odmienne sposoby, z czego ten najbardziej znany paradoksalnie dawno odszedł do lamusa. Rozbijmy to na czynniki pierwsze, żebyś po lekturze tego wpisu mógł prześwietlić dowolny projekt rzucony na giełdę w kilkanaście sekund.
Po pierwsze: staroświecka, wręcz zwierzęca siła obliczeniowa, czyli stary, dobry algorytm Proof of Work. Potężne maszyny rozwiązują absurdalnie skomplikowane zagadki matematyczne. Kto pierwszy złamie hash kryptograficzny, dostaje nagrodę w postaci świeżo wygenerowanych monet z protokołu. Kiedyś kopano tak absolutnie wszystko. Dzisiaj? To niemal zamknięty skansen, zarezerwowany głównie dla Bitcoina, Dogecoina i zaledwie garstki starszych dinozaurów. Rachunki za prąd zjadają tam marże szybciej, niż urząd skarbowy potrafi zablokować nieopłacone konto firmowe.
Po drugie: bezczelne powielenie cudzego kodu, potocznie na forach zwane forkiem. Ktoś po prostu bierze otwarty kod źródłowy istniejącej od dawna sieci — powiedzmy Litecoina — po czym brutalnie ingeruje w pliki. Zmienia nazwę, sztucznie podbija limit maksymalnej podaży z 84 milionów na absolutnie zaporowy miliard, modyfikuje delikatnie czas bloku i odpala całość jako zupełnie nowy, niezależny byt. Tak właśnie wykuwała się lwia część dzikiego rynku altcoinów między rokiem 2013 a 2017. Szybko. Skrajnie tanio. Bez grama własnej myśli technicznej.
Trzecia droga dominuje teraz całkowicie. Mowa o kontraktach zasilających wielkie, napuchnięte od kapitału ekosystemy.
Pamiętam lodowaty luty ubiegłego roku. Siedzieliśmy z moim zespołem deweloperskim w wynajętym, dusznym biurze na warszawskiej Woli, audytując architekturę pewnego głośnego projektu DeFi z polskim rodowodem. Główny programista, niesamowicie zdolny chłopak o aparycji wiecznego studenta, otworzył na monitorze zwykły edytor kodu. Wklepał kilkadziesiąt zwięzłych linijek w specyficznym języku Solidity, przypisał zmiennej totalSupply wartość dziesięciu miliardów sztuk, wdrożył z palca ów smart contract wprost do głównej sieci Ethereum i ze znudzeniem kliknął Enter. Cała operacja zajęła mu dokładnie osiemnaście minut zegarowych. Zapłacił równowartość nędznych czterdziestu dolarów opłaty transakcyjnej za gaz. Bum. Właśnie wykreował z absolutnej, matematycznej próżni nową "walutę", z którą mógł zrobić wszystko — sprzedać na zdecentralizowanej giełdzie, spalić wysyłając w nicość albo po chamsku rozdać na Twitterze za lajki. Przerażająco wręcz proste, prawda?
Większość tego szumu, co widzisz codziennie na giełdach pod krzykliwym szyldem gorących nowości, to absolutnie nie są natywne monety z własnym, ciężkim blockchainem. To zaledwie ustandaryzowane tokeny. Pasażerowie na gapę, którzy bezczelnie wykupili tani bilet na pociąg prowadzony przez wielkie maszyny pokroju Ethereum, Solany czy potężnego Binance Smart Chain. Nie mają własnych, oddanych górników. Nie posiadają lojalnych walidatorów sprzętowych. Są po prostu głupim ciągiem znaków w cudzej księdze rachunkowej, zabezpieczonym kryptograficznie cudzym, gigantycznym wysiłkiem.
Skoro już wiesz, że brutalne wygenerowanie miliarda pieskowych lub żabich monet to praca na kwadrans przed poranną kawą, musisz radykalnie zmienić swoje podejście do fundamentów analizy on-chain. Przestań traktować sam nagi fakt istnienia nowej kryptowaluty jako jakiekolwiek osiągnięcie technologiczne warty złamanego grosza. To naiwna pułapka, w którą z uśmiechem na ustach wpada dziewięciu na dziesięciu nowicjuszy depozytujących tu swoje oszczędności.
Oto twój gotowy, sprawdzony w bojach schemat operacyjny. Trzy żelazne kroki. Wykonaj je metodycznie zawsze, gdy jakiś uśmiechnięty naganiacz z Telegrama próbuje ci wcisnąć cudownego, świeżo wyklutego coina o mikroskopijnej kapitalizacji.
Kreacja cyfrowego pieniądza przeszła naturalną, choć brutalną ewolucję od amatorskiego, piwnicznego kopania na spalonych kartach graficznych do ultra-nowoczesnej, bezwzględnej inżynierii finansowej uprawianej w kilku kartach otwartej przeglądarki. Suchy kod dawno stał się tam prawem. Wymuszona mechanika dystrybucji cichaczem zastąpiła romantyczny pot znad klawiatury. Odrzuć całą tę mistyczną otoczkę hodowaną przez marketingowców, zacznij uważnie czytać surowe dane on-chain i traktuj od dzisiaj każdy nowy projekt krypto wyłącznie jak wyrachowaną, rzuconą rynkowi ofertę sprzedaży. Tylko na takim chłodnym podejściu zbudujesz tu solidny portfel.
Większość bywalców tego forum nadal wierzy w bajkę, że za każdym nowym tokenem stoi sztab genialnych koderów piszących skomplikowaną architekturę sieci od zera. Totalna bzdura.
Prawdziwa mennica to teraz w 99% przypadków bezczelne kopiuj-wklej z GitHuba. Wystarczy dosłownie piętnaście minut, żeby zmienić nazwę zmiennej w standardowym kontrakcie ERC-20, podpiąć chwytliwe logo i wypuścić to w obieg. Brzmi brutalnie, zgadza się?
Pamiętam doskonale pewien duszny, sierpniowy wieczór pod koniec Q3 2021 roku. Siedziałem na Discordzie z gościem, który operacyjnie zajmował się audytami technicznymi dla mniejszych funduszy VC operujących w Warszawie. Na moich oczach, popijając zimnego lagera, wygenerował jedenaście różnych projektów krypto. Zmieniał tylko parametry podatku od transakcji w kodzie (tzw. buy/sell tax) i leniwie odświeżał kompilator Remix. Żadnego budowania infrastruktury. Żadnego kopania drogim sprzętem. Czysta inżynieria finansowa żerująca na naiwności tłumu szukającego szybkich zysków.
Nowe kryptowaluty rodzą się po prostu z chciwości i nagłego dostępu do płynności.
Najgorsza pułapka w jaką regularnie wpadają świeżaki? Analizowanie opasłych białych ksiąg (whitepapers), które w pięć minut wypluł algorytm, zamiast patrzeć na to, co faktycznie dzieje się pod maską blockchaina. Moneta nie ożywa w momencie startu głośnego presale'u. Ona zaczyna oddychać dopiero wtedy, gdy ktoś wleje w nią chociaż ułamek Ethereum na zdecentralizowanej giełdzie, tworząc pulę płynności (LP).
Zostawiam wam konkretny, operacyjny nawyk. Ten prosty ruch uchronił mój kapitał przed bolesnym wyparowaniem podczas ostatniej rzezi na rynku niedźwiedzia:
Jeśli dany adres w ciągu tygodnia hurtowo powołał do życia trzy inne, martwe już i porzucone projekty — natychmiast uciekaj. Złapanie takiego śladu na łańcuchu to najlepszy, w stu procentach darmowy detektor oszustw, jakiego kiedykolwiek użyjesz w tej branży, prawda?